01.08.2015

RPA i Migracja Sardynek 2015

„PO DRÓGIEJ STRONIE RÓWNIKA…” 🙂                 RPA – Republika Południowej Afryki, miejsce po którym stąpamy z głową zwisającą w dół  Sam koniuszek Afryki, otoczony dwoma oceanami: Atlantyckim od strony […]

„PO DRÓGIEJ STRONIE RÓWNIKA…” 🙂

                RPA – Republika Południowej Afryki, miejsce po którym stąpamy z głową zwisającą w dół  Sam koniuszek Afryki, otoczony dwoma oceanami: Atlantyckim od strony zachodniej oraz Indyjskim od strony wschodniej. Jeden z nielicznych krajów na świecie, który nadal pozostaje nieskażony wpływami dynamicznie rozwijającej się turystyki masowej. Oszałamia swoją różnorodnością i bogactwami naturalnymi, wciąż dziką i ogromną przestrzenią oraz niespotykaną nigdzie indziej barwną mieszanką kultur – afrykańskiej, europejskiej i azjatyckiej. W RPA żyje około 52 miliona ludzi, z czego około 80% stanowią Afrykańczycy, 8% ludność pochodzenia europejskiego, 8% ludność etnicznie mieszana oraz 2% Azjaci pochodzący głównie z Indii.

                Wyprawa do RPA to podróż nietypowa. Pomimo pokonania tak odległego dystansu – blisko 14.000 tysięcy kilometrów – nadal pozostaliśmy w tej samej strefie czasowej. Późną wiosnę/wczesne lato zamieniliśmy na schyłek jesieni. Otaczający nas krajobraz bardziej przypominał ten, który kojarzy mi się z polskimi Zaduszkami: złoto-brązowe korony drzew, przygasła zieleń pól, w powietrzu unoszący się zapach wysuszonych liści. Codziennie na niebie w ciągu dnia spoglądał na nas księżyc, z jednej strony otaczał nas ocean, z drugiej rozkoszowaliśmy się pięknymi widokami na góry i niezwykle malowniczymi formacjami skalnymi. Na własne oczy widzieliśmy, czuliśmy i smakowaliśmy wzajemne przenikanie się tak wielu kultur, mieliśmy bezpośredni kontakt z dziką przyrodą – zarówno tą zamieszkującą wody oceaniczne jak i ssakami przemierzającymi tutejsze stepy. Magia RPA unosiła się w powietrzu, a spędzone tu dwa tygodnie były zaledwie zalążkiem tego, co kraj ten ma do zaoferowania!

                21 czerwca wylądowaliśmy w Durbanie położonym nad Oceanem Indyjskim w prowincji KwaZulu-Natal (przesiąkniętej zuluskimi tradycjami), w trzecim co do wielkości mieście i największym porcie morskim RPA. Samo miasto ma wiele twarzy. Dla nas turystów największą atrakcję stanowiły piękne, szerokie i piaszczyste plaże ciągnące się wzdłuż nadmorskiej promenady o nazwie Golden Mile. Termin naszego przyjazdu zbiegał się z rozpoczynającymi wakacjami, tak więc spacerując wzdłuż wybrzeża napotkaliśmy wielu surferów, czarnych wędkarzy łapiących ryby na nadmorskich molach, opalające się białe dziewczyny, zakamuflowane muzułmanki, hinduski kąpiące się w sari, wyróżniających się swą urodą Zulusów (w tym także grupy organizujące pokazy tradycyjnego tańca na promenadzie) [zdjęcie 00] oraz uradowane dzieci bawiące się na oceanicznych falach. Wszystkie plaże w Durbanie zabezpieczone są przed atakami rekinów rozciągniętą w wodzie wzdłuż wybrzeża siatką. Miasto w czasach apartheidu było popularnym kurortem. Przy nabrzeżu wznoszą się kilkunasto- lub kilkudziesięciopiętrowe hotele, na promenadzie funkcjonuje mnóstwo restauracji, barów i kramików serwujących dania przeróżnych kuchni świata. Sami zakosztowaliśmy przepysznych owoców morza  i włóczyliśmy się godzinami wzdłuż Złotej Mili. Niestety zaledwie kilka przecznic dalej, w miarę jak oddalaliśmy się od nabrzeża wyraźnie czuliśmy klimat podupadającego miasta, którego brudne, zapuszczone ulice pełne bezdomnych „czarnych” robiły na nas przygnębiające wrażenie – wręcz niekiedy było tam niebezpiecznie!

                Z Durbanu, po około godzinnej drodze minibusem, przemieściliśmy się do małej miejscowości Umkomaas – położonej nad oceanem w dorzeczu rzeki Mkhomazi. Tu zaczęła się nasza długo wyczekiwania przygoda z nurkowaniem i podwodnym światem RPA. Zakwaterowaliśmy się w lodgy, w której z okien każdego pokoju roztaczał się zapierających dech w piersiach widok na ocean. Niektórym z nas udało się nawet dostrzec w oddali migrujące humbaki i fontanny wody, którą wyrzucały z nozdrzy. Wieloryby potrafią nurkować nawet na głębokość 500 metrów i pozostawać pod wodą nawet do godziny. Muszą wynurzyć się, aby wziąć oddech i odnowić zapas powietrza w płucach. Przed wzięciem pierwszego oddechu, wypuszczają z płuc zużyte powietrze z dużą siłą – w efekcie powstaje efektowna fontanna, która niekiedy potrafi osiągać nawet 15 metrów.

Tego wieczoru wybraliśmy sie do lokalnej knajpki w towarzystwie naszego przewodnika nurkowego. Zamówiliśmy sytą kolację, na którą czekaliśmy blisko 2 godziny – co okazało się potem lokalnym rytuałem. Ale było warto, jedzenie okazało się przepyszne, nie wspominając już o tutejszym winie… Chciałabym w tym miejscu zaznaczyć, iż jadając w południowoafrykańskich barach i restauracjach należy przyzwyczaić się do niespotykanego nigdzie indziej mozolnego czasu obsługi gości. Składając nawet najprostsze zamówienie w postaci sałatki, nie liczmy, że zostanie nam ona podana szybciej niż w przeciągu godziny… Ale ma to swój urok:)

                Rankiem, zapakowani w busa przejechaliśmy na piaszczyste wybrzeże, do miejsca, skąd rzeka Mkhomazi wpada do oceanu. Przesiedliśmy się na szybkiego zodiaka, z pełnym impetem przeskoczyliśmy fale przyboju, pomknęliśmy po niebieskiej tafli wody, tak by w końcu dotrzeć do pierwszego miejsca nurkowego – raf Aliwal Shoal. Miejsce to, to skamieniała wydma, oddalona ok. 4km od brzegu. Występujące tu formacje skalne obfitują w półki i groty, gdzie spotkaliśmy mnóstwo gąbek, miękkich koralowców, ryby rafowe, dużą mantę, liczną rodzinę langust, granika i co najważniejsze – rekiny twardosze – straszące krzywymi i nieregularnie ułożonymi zębami! Na sporą rodzinę twardoszy natknęliśmy się w miejscu nurkowym zwanym Raggies Cave – w podwodnej jaskini, którą ryby te upodobały sobie jako swoje gniazdo. Woda w tej części oceanu miała przejrzystość około 25 metrów, temperaturę powierzchniową rzędu 22°C a jej zielonkawy odcień lekko uprzykrzał życie osobom z aparatami fotograficznymi. Kończąc drugie nurkowanie na Aliwal Shoal spotkała nas spora niespodzianka. Powoli wynurzając się do głębokości około 5-3 metrów nad naszymi głowami wdzięcznie przepłynęła cztero metrowa manta w towarzystwie od czasu do czasu podgryzającego ją granika.

                Po dwoch nurkowaniach wróciliśmy na stały ląd. Mieliśmy bardzo niewiele czasu na to, by wykwaterować się z naszej lodgy, spakować sprzęt nurkowy i zjeść lunch. Zapakowani do busika ruszyliśmy w około sześciogodzinną podróż w kierunku południowym – do miejscowości Port Sant Johns. To tu miała zacząć się nasza przygoda z migracją sardynek! Sama podróż była dość długa, jednak na pewno nie nużąca. Południowoafrykańskie drogi nie należą do bezpiecznych. Co prawda stan asfaltu jest dobry, jednak są one nieoświetlone, na poboczach pasą się zwierzęta hodowlane, lokalni mieszkańcy z dużą dawką spokoju spacerują sobie w bliskiej odległości od rozpędzonych samochodów. Po drodze spotkaliśmy wiele wypadków – nasz przewodnik powiedział nam, że dużym problemem w RPA są pijani kierowcy. Zrozumiałam już teraz, że nasz plan dnia był tak napięty, gdyż nikt o zdrowych zmysłach nie chciał podróżować tutejszymi drogami po zmierzchu. Goniliśmy czas, by dotrzeć do naszej lodgy w Porcie Sant Johns przed wieczorem.

Sama droga urzekła mnie swoją malowniczością. W krajobrazie podzwrotnikowego wschodniego wybrzeża dominują palmy i bujna, soczysto-zielona roślinność. Linia brzegowa oczarowuje urwistymi cyplami i lagunami malowniczych delt rzek. Równolegle do wybrzeża ciągną się góry, oddzielone wąską niziną nabrzeżną. W tym nieskomplikowanym schemacie łatwo można odkryć zdumiewającą różnorodność efektownych krajobrazów, w które wtopione są niewielkie wioski i zwierzęta hodowlane pasące na polach. Przyglądając się typowym domostwom, ktoś nagle zauważył ciekawą prawidłowość, która wydała nam się bardzo zagadkowa. Obserwując tradycyjne południowoafrykańskie gospodarstwa, na terenie większości z nich stoją dwa domy: jeden – tradycyjny, zbudowany na planie prostokąta lub kwadratu (często nawet wyglądający jak nowoczesna i luksusowa willa w stylu europejskim) oraz drugi – mały, okrągły, nawiązujący do tradycyjnej architektury zamieszkujących te tereny grup etnicznych (w tej części plemion zuluskich). Dopiero nasz przewodnik wytłumaczył nam istotę tej tradycji. Religie afrykańskie są bardziej złożone, ponieważ w większości opierają na wierzeniach w bóstwa i ciągłe życie. W większości wierzeń na temat śmierci istnieje pogląd, że człowiek składa się z wielu elementów i po śmierci niektóre z nich giną, a inne mogą przenieść się w inną rzeczywistość, albo też mogą przenieść się na potomstwo zmarłej osoby. Z takich wierzeń powstał kult przodków, który polega na wierze w życie pozagrobowe, które ma wpływ na życie ludzkie i istnieje możliwość komunikowania się żyjących z przodkami za pomocą rytuałów. Kontakt z nimi możliwy jest właśnie w tych okrągłych domach i to tutaj rodziny mają możliwość spotykania się ze swoimi zmarłymi bliskimi.

                Wjechaliśmy na teren prowincji Eastern Cape, przemierzamy w znacznej mierze niezaludnione i przepięknie dziewicze wybrzeże Wild Coast – krainę lesistych wzniesień, nurkujących w oceanie urwisk, zadrzewionych wydm i piaszczystych plaż. Zbliżamy się do Portu Sant Johns położonego przy ujściu rzeki Umzimvubu, otulonego rudozłotymi górami: Thesiger i Sullivan. Ta senna osada na kolejne kilka dni stanie się naszym domem, miejscem z którego wypływać będziemy na spotkania z humbakami, delfinami, sardynkami, rybitwami. Samo miasteczko jest niewielką mieściną i nasze wizyty skupiały się głównie wokół zakupów w lokalnym supermarkecie, wizycie na lokalnym targowisku oraz w małym sklepiku monopolowym.

Sama lodga urzekła mnie panującym w niej klimatem oraz malowniczą lokalizacją. Niewielki resort zbudowany z drewnianych domków i pawilonów usytuowany jest na rozległym zielonym terenie przytulonym do sennie przepływającej rzeki Umzumvubu. Nad naszymi głowami dumnie piętrzyły się dwie monumentalne góry. Jednego popołudnia dotarliśmy nawet na szczyt jednej z nich, skąd przy zachodzie słońca mogliśmy rozkoszować się panoramą na dorzecze, naszą lodgę i widokiem na ocean. Było nam tutaj naprawdę dobrze…

                Ale wracając do meritum i głównego celu naszego wyjazdu czyli Migracji Sardynek! Podczas zimy w RPA (a polskiego lata) w przybrzeżnych wodach ma miejsce jedno z najbardziej spektakularnych zjawisk natury. Znamy je doskonale z relacji i filmów BBC. Coroczna wielka migracja sardynek (Great Sardine Run) to przyrodniczy fenomen, który ma miejsce pomiędzy początkiem czerwca a połową sierpnia, kiedy to ogromne ławice sardynek migrują z chłodniejszych wód wokół Przylądka Dobrej Nadziei do cieplejszego Oceanu Indyjskiego, aby tu złożyć ikrę. Potem powracają na zachód, a w wędrówce towarzyszą im tysiące delfinów, ptaków, drapieżnych ryb, rekinów i wielorybów, skuszonych okazją do wielkiej wyżerki. Pierwszym sygnałem że migracja sardynek jest niedaleko, są ogromne ławice delfinów. Patrolują one przybrzeżne wody w poszukiwaniu pożywienia. Szacuje się że w czasie migracji sardynek, przypływa tutaj nawet 5000 delfinów. Tak zorganizowane, niecierpliwie przeszukują przybrzeżne wody. Stada głuptaków, to drugi, obok delfinów sygnał, że sardynki się zbliżają. Ptaki muszą pokonać setki kilometrów z regionów lęgowych na południowym wybrzeżu Afryki. Oprócz drapieżników takich jak rekiny zjawiają się również dostojne wieloryby, które jednak nie uczestniczą w polowaniu tylko migrują na północ, w kierunku cieplejszych wód Oceanu Indyjskiego.

 Aby czerpać jak najwięcej z miejsca, w którym mieliśmy zaszczyt się znaleźć dzień zaczynał się bardzo szybko, a dyscyplina dnia do godzin popołudniowych była naprawdę duża:) Wstawaliśmy często jeszcze przed świtem, tak by około godziny 07:00 rano zjeść śniadanie. O godzinie 07:30 spotykaliśmy się w marinie, gdzie czekały już na nas RIB-y. Ubrani w pianki, gotowi do drogi wypływaliśmy w około sześciogodzinną podróż w celu poszukiwania ławic sardynek.  Dzień spędzany na pokładzie RIB-ów był dość męczący, niekiedy bardzo ekscytujący, a niekiedy najzwyczajniej nudny. Cała przygoda wymaga nie lada cierpliwości, spokoju ducha i wytrwałości. Zdarzało się tak, że podczas całego dnia nie natrafiliśmy na choćby najmniejszy „symptom” rozpoczynającej się akcji sardynkowej. A prawdziwa akcja ma miejsce wtedy, gdy delfiny tak „rozpracują” sardynki, by te utworzyły ławicę w kształcie zbliżonym do kuli. Wtedy też zniecierpliwiona grupa uczestników może ubrać sprzęt nurkowy i w towarzystwie atakujących z powietrza głuptaków wskoczyć do wody 🙁

Czymś, co niewątpliwie zrobiło na mnie największe wrażenie podczas tej podróży była możliwość wejścia w tak bliski kontakt z majestatycznymi humbakami. Każdy dnia mieliśmy szansę towarzyszyć im w migracyjnej wędrówce w kierunku cieplejszych wód Mozambiku. Jedne pozwoliły nam na całkiem bliskie interakcje, inne z kolei igrały sobie z nami, obnażając ludzkie słabości i wyraźnie zaznaczając, że jesteśmy tylko gośćmi w ich domu i nie mają chęci na bliższy kontakt. Pamiętam jeden dzień podczas tego wyjazdu, kiedy weszłam do wody chyba z piętnaście razy, bo tak bardzo marzyłam by spotkać humbaka pod wodą i zrobić mu zdjęcie. Na nic jednak zdały się wszystkie moje starania i zabiegi naszego skipera, który manewrował RIB-em tak, że skacząc do wody praktycznie wpadałam na tego zdumiewającego ssaka. Nie miał on chęci na spotkanie i jedyne co zobaczyłam to zielonkawo-niebieska toń wody 

Do bazy wracaliśmy około godziny 15:00. Wtedy to już następował błogi czas relaksu, pogawędek i degustacji południowoafrykańskiego wina…

                Nim się obejrzeliśmy czas pobytu w Porcie Sant Johns dobiegł końca. Po sześciu dniach wróciliśmy do Durbanu, by stąd polecieć do największego miasta RPA – Johannesburga, a stąd z kolei rozpocząć nasze spotkanie z Parkiem Narodowym Krugera. Rankiem spod hotelu położonego nieopodal lotniska w Jo’burgu , w towarzystwie przesympatycznego przewodnika o imieniu Mandla wyruszyliśmy w kierunku największego parku narodowego Afryki. Czekała nas długa podróż, bo jak wspomniałam już wcześniej, tempo poruszania się po południowoafrykańskich drogach i bezpieczeństwo na nich pozostawia wiele do życzenia. Po około dwóch godzinach jazdy autostradą ciągnącą się po monotonnym płaskowyżu (na którym mijaliśmy od czasu do czasu elektrownie i kopanie węgla) wjechaliśmy na drogę (o nazwie Panoramic Route) wiodącą wzdłuż jednego z największych cudów Afryki – Kanionu rzeki Blyde. Co prawda pech chciał, że akurat tego dnia było pochmurno i mgliście, ale w najważniejszych punktach trasy widokowej udało nam się obejrzeć zapierające dech w piersiach krajobrazy! Kanion na rzece Blyde to trzeci co do długości kanion na świecie, ciągnie się przez około 50 kilometrów, a sama trasa panoramiczna zaliczana jest do najpiękniejszych tras republiki, przecina dziewicze północne krańce Gór Smoczych. Na całej długości wąwozu utworzono punkty widokowe, a my zatrzymując się na kilku z nich mieliśmy okazję podziwiać min. panoramę niskiego weldu i jego rozległych ostoi przyrody oraz Three Rondavels, czyli imponujące głazy do złudzenia przypominające kształtem tubylcze chaty. „Wisienką na torcie” okazał się niespodziewanie i spontanicznie zorganizowany przelot helikopterem. Ps. Chłopaki – jeszcze raz bardzo dziękuję za tę przygodę! Z lotu ptaka spoglądałam na postrzępione pasma górskie, podziwiałam urwisty kanion (a nawet przez chwilę leciałam w jego wnętrzu:), wartkie wodospady zdobiące górskie zbocza, przelatywałam nad polami uprawnymi eukaliptusów, nad stepami, na których pasły się zwierzęta… Takie obrazy na zawsze pozostaną w mojej pamięci.

 W sercu Niskiego Weldu leży największa ostoja RPA – Park Narodowy Krugera. Zajmuje on 2mln ha dziewiczych terenów, rozciągniętych mniej więcej pasem 60-kilometrowej szerokości na dystansie około 350km. Jest to najstarszy park narodowy Afryki. Zamieszkaliśmy w prześlicznej lodgy na terenie rezerwatu Sabi Sands, malowniczo wkomponowanej w sawannę i otaczający nas busz. Już przy wjeździe na teren rezerwatu przywitała nas ciekawej urody strażniczka [zdjęcie 23] oraz gromada słoni, skupionych pod akacjowym drzewem. Nie dowierzałam, że rzeczywiście się tu znalazłam, że lada chwila ruszę na spotkanie z Wielką Piątką Afryki! Wielka afrykańska piątka to lew, lampart, słoń, nosorożec i bawół. Zagrożone, zażarcie się bronią, co w połączeniu z siłą i odwagą zaskarbiło im szacunek u dawnych myśliwych, którzy obdarzyli je tym godnym tytułem. Jako, że zima to w RPA najlepszy sezon na fotografowanie dzikich zwierząt (busz jest wtedy rzadszy niż latem), dzięki trzem dniom, które tu spędziliśmy na własne oczy zobaczyliśmy nie tylko wielką piątkę, ale także innych przedstawicieli afrykańskich stepów. Wczesnym rankiem wraz ze świtem, oraz w godzinach popołudniowych – przed zachodem słońca, wyruszaliśmy w towarzystwie przewodnika na przejażdżki po parku. Przy wodopojach napotkaliśmy żyrafy, kąpiące się hipopotamy, majestatycznie sączące wodę bawoły. W przerzedzonym buszu przemykały guźce, antylopy impale oraz gnu, swój posiłek dokańczały nosorożce  i pasiaste zebry. Na piaskowych pagórkach leniwie odpoczywały hieny. Udało nam się spotkać cętkowanego lamparta oraz geparda, a na nocnej przejażdżce trafiliśmy na stado likaonów, walczących o upolowaną zdobycz 🙂

                Niejednokrotnie popadamy w rutynę. Przestajemy podążać za głosem serca, dokonujemy wyborów popularnych, schematycznych, masowych. W moim odczuciu to samo dzieje się z turystyką. Celem naszych podróży stają się kierunki znane, powszechnie rekomendowane. Udajemy się do miejsc, w których byli znajomi, do miejsc, o których słyszymy w powszechnie dostępnych mediach. RPA na pewno nie podlega pod żadną z tych kategorii, a to co oferuje zniewala i zachwyca! Pozwala odkryć niezwykłą przyrodę i kulturę tego starego kontynentu: ogromne i dziewicze przestrzenie, malownicze płaskowyże, piękną i wybujałą naturę, kulturę afrykańskich plemion, dziką przyrodę, ciągnące się w nieskończoność poszarpane wybrzeże i wreszcie sam ocean. Ocean, który samotnie faluje i czeka na nas wraz ze wszystkimi swoimi darami skrytymi pod taflą wody. Nie ma tu praktycznie nikogo. Przepraszam , są – morskie ssaki, ryby, wodne ptactwo, gady. Żyjące w swoim naturalnym środowisku, nie w oceanarium czy zoo… W RPA poczujemy prawdziwą wolność! Tutaj wszystko, czego tylko dusza nurka zapragnie jest na wyciągnięcie ręki. Trzeba się tylko odważyć 

Katarzyna Cieślawska – Bagińska
Activtour.pl

Popularne posty

BalticTech 2019

Pierwszy raz, mamy nadzieję, że nie ostatni. Ruszamy na Baltic Tech do Gdyni, będziemy mieli tu swoje stoisko. Jeśli chcielibyście się z nami spotkać zapraszamy gorącą. Czekamy na […]

ZOBACZ
Sudan – wyjątkowy kierunek nurkowy

To jest nasza nadzieja, że dzieci urodzone dzisiaj będą miały 20 lat przed sobą, trochę zielonej trawy pod gołymi stopami, świeże powietrze do oddychania, trochę błękitnej wody do […]

ZOBACZ
ANTARKTYDA Nurkowanie w Krainie Lodowych Gigantów…

W obszarach polarnych przestają działać reguły, które obowiązują w naszym codziennym życiu. Antarktyda to rejon wiecznego lodu, dni trwających sześć miesięcy, błędnych wskazań kompasów, to tu spotykają się […]

ZOBACZ
LINIA LOTNICZA ZGUBIŁA NASZ BAGAŻ NURKOWY – i co dalej…?

Nasze wakacje nurkowe rozpoczęte. Przemęczeni podróżą docieramy na drugi koniec świata, do szczęścia  zostało już tak niewiele. Odbiór bagażu, transfer do miejsca gdzie spędzimy najbliższe dni lub tygodnie, […]

ZOBACZ
Poznaj nasze nurkowe Ecocampy!

Często zastanawia mnie fenomen Egiptu – z całą pewnością można go nazwać darem dla wszystkich nurków mieszkających w Europie.  W odległości zaledwie 4 godzin lotu samolotem, za minimalnie […]

ZOBACZ
WYJAZD NURKOWY DO EGIPTU: W JAKIEJ SYTUACJI MOŻEMY BEZKOSZTOWO ANULOWAĆ NASZĄ REZERWACJĘ?

Od kilku lat w ocenach MSZ, Egipt uważany jest za państwo narażone na akty terroru. Od 2011 roku poziom zagrożenia utrzymuje się (z małymi przerwami) na poziomie 3 […]

ZOBACZ
20 TOPOWYCH KIERUNKÓW NURKOWYCH NA ŚWIECIE – Alfabetyczny Ranking Activtour

Jesteśmy mobilni, potrafimy dotrzeć już w zasadzie w każdy zakątek naszego globu. Z pełną świadomością twierdzę, że świat stoi przed nami otworem… Niektórzy z nas swoją podwodną przygodę […]

ZOBACZ
RPA – “PO DRÓGIEJ STRONIE RÓWNIKA…”

RPA – Republika Południowej Afryki, miejsce po którym stąpamy z głową zwisającą w dół 🙂 Sam koniuszek Afryki, otoczony dwoma oceanami: Atlantyckim od strony zachodniej oraz Indyjskim od […]

ZOBACZ
In the middle of Atlantic czyli wyprawa nurkowa na Azory

Szczyt Pico wynurzył się zza cumulostratusów i otaczających go altocumulusów, przypominając bardziej wisienkę na dużym, śmietankowym torcie, spoczywającym na lazurowej paterze, niż stale aktywny wulkan drzemiący sobie na […]

ZOBACZ
SAFARI NURKOWE: KILKA PORAD JAK W ZGODZIE DZIELIĆ KABINĘ, ZE WSPÓŁLOKATOREM

Nie każdy z nas uczestniczy w wyjeździe nurkowym w towarzystwie osoby blskiej i takiej, którą dobrze zna – z drugą połową, mężem/żoną czy przyjacielem. Często decydujemy się na […]

ZOBACZ
KOSTARYKA czyli kraj wulkanami kipiący…

Małe, jedno z mniejszych Państw Ameryki Łacińskiej, którego powierzchnia odpowiada blisko 1/6 powierzchni Polski i zamieszkiwana jest przez około 4 miliony ludzi… Urzeka, oszałamia, zaskakuje i zachwyca swoimi […]

ZOBACZ
Zwiedzaj Świat – cz. 2

Zapraszam do lektury drugiej części artykułu na temat czy powierzać / nie powierzać organizację swoich wakacji nurkowych profesjonalnym biurom podróży? Umowa-zgłoszenie, warunki uczestnictwa oraz ubezpieczenia to bardzo istotne […]

ZOBACZ
Zwiedzaj Świat – cz. 1

 Czy powierzać / nie powierzać organizację swoich wakacji nurkowych profesjonalnym biurom podróży? Na to pytanie tak naprawdę każdy z nas powinien odpowiedzieć sobie sam. Nie ma jednej właściwej […]

ZOBACZ